Życie jak w Madrycie. Musiałem tak zacząć, po prostu musiałem. Tak mówili moi rodzice, gdy chcieli opowiadać o lepszym życiu. Teraz ponoć robią tam pustynię...
Tak czy siak w Madrycie nigdy nie byłem. Ale wysłałem ambasadora. Córka moja, obieżyświat i powsinoga, była w Madrycie na jakimś zlocie młodzieży. Modłów nie odprawiała, za to zwiedzała parki, stare uliczki i... no mam nadzieję, że tylko te miejsca.
Sponsor zobowiązał Hanię do wysłania kilku fotek z hiszpańskimi pokrywkami. Hania się wywiązała.
Na zdjęciu śliczna, kanciasta pokrywka z samego centrum stolicy Hiszpanii. Prawda, że niczego sobie? Śpieszę przetłumaczyć, że "Ayuntamiento de Madrid" to po naszemu "Ratusz w Mardycie". Pewnie chodzi o właściciela pokrywki. A obrazek to herb tego miasta. Na herbie, nie uwierzycie, drzewko - nie jabłonka. Nawet nie jakaś pomarańcza. Drzewko to, to ponoć drzewko truskawkowe! To jakie oni tam mają truskawki??? A pod drzewkiem? Rolnik szuka żony? Nie. Misiu wpieprza truskawki. No bajka.
Jeszcze drugi napis. Alumbrado publico. Nie, nie. Żadna ta, kanalizacja. Oświetlenie publiczne. To znaczy ten napis. Egzotyka, co?
A po hiszpańsku truskawka to "madroño". Znaczy Madryt to po naszemu Truskowkowo. Ewentualnie Truskawiec... Dzięki Haniu za tę pokrywkę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz