W maju 2014 roku, na pewno pamiętacie, pisałem o nieudanej wyprawie do Łodzi. W Łodzi spodziewałem się znaczących zdobyczy (u konkurencji łódzkich pokrywek jest dwieście, więcej niż u mnie wszystkich razem), ale niewiele z tego wyszło. Znalazłem raptem dwie, całkiem średnie pokrywki.
Pierwsza z nich jest we wpisie 49. Drugą obejrzycie dzisiaj.
Druga pokrywka wygląda nieciekawie. Typowy produkt hutniczy z firmy o której niewiele udało się wygooglować, która reklamuje się na włazach kanałowych. I wygląda świeżo, pewnie ma parę lat. Tak myślałem. Ale przygotowując ten wpis trafiłem w wynikach wyszukiwarki na informację, że projekt pokrywki to okolice roku 1920. Dacie wiarę? Prawie sto lat. I nie żebym się znał, ale taka kanciasta czcionka rzeczywiście kojarzy mi się z międzywojennym modernizmem. Co Wy na to?
I najgorsze, że już nie pamiętam, gdzie pokrywka dokładnie leży w tej Łodzi. Ale trudno. Przyjmijmy, że gdzieś na trasie między Manufakturą a Placem Wolności - bo tę trasę pokonywałem pieszo podczas łódzkiej eskapady.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz